Przejdź do głównej zawartości

Fauna Londynu

Siedząc w domu ze złamanym paluchem przez kilka tygodni w Londynie można poczynić wiele obserwacji, Braciszkowie. Stanowczo za wiele.

Że sąsiad z naprzeciwka wychodzi do ogrodu podłubać w nosie zawsze o czternastej. Że ten z chaty po lewej chowa się przed żoną w budzie na narzędzia zaraz po przyjściu z pracy. I wiele, wiele innych. 


Po jakimś czasie postanowiłam więc zająć się jednak okolicznościami przyrody, której, wbrew pozorom w Londynie nie brakuje:

1. Ślimaki — trawnikowe predatory — ledwie nadążają z wcinaniem gęstej, wyspiarskiej roślinności. Po deszczu (a więc przez większość dni w roku) ledwo wychodząc do ogródka, można przetrącić niechcąco niejedną skorupę — tyle mięczaków wypełza tu na żer każdej minuty.

2. Wiewórki — hasiokowe maszkietniki barwy szarej są produkcji amerykańskiej (puchaci Jankesi już dawno wytrzebili europejską, rudą odmianę).

Świeżo po przyjeździe do Londynu wyszłam przed dom wyrzucić śmieci. Po odchyleniu pokrywy wielkiego kubła na podwórku, przeszłam stan przedzawałowy. Prosto na mnie wypadła z niego olbrzymia wiewiórka. Wyskakując z kubła, w panice zaczepiła się pazurami o bawełnianą koszulkę i szamotała mi się tak na klacie przez dłuższą chwilę. Na tamten moment przeświadczona, że właśnie zaatakował mnie szczur-gigant (bo co innego może żerować w banioku?), narobiłam strasznego krzyku. W końcu przyleciał zaalarmowany landlord (właściciel lokalu) i wyjaśnił, że tych gryzoni stołuje się tutaj w śmietnikach cała masa i nie ma czego się bać.

Wiewiórki w Londynie można spotkać WSZĘDZIE. Fikają po trawnikach, drzewach, i dachach. Wspinają się po ścianach, kominach i śmietnikach. Zwinne i szybkie jak błyskawica, nawet teraz co jakiś czas potrafią mi napędzić niezłego stracha.

3. Lisy — nocni/wieczorni podjadacze barwy rudej. Po co mają się męczyć ze ściganiem i dopadaniem gryzoni, skoro w śmietnikach i na podwórzach jedzenia dla nich jest w bród.

Niedługo po opisanej sytuacji z wiewiórką, podpełznął do mnie jeden taki rudzielec we własnym ogródku. Zrobił to tak znienacka, że aż mi przedsionki serca na moment z trwogi zamigotały. Teraz jest już stałym bywalcem i ma nawet swoje imię — a jakże. Witalis przychodzi na żebry na czwartkowe obiady regularnie, domagając się swojej porcji po angielsku: grzecznie, ale stanowczo.
Oprócz Witalisa widuję średnio dwa-trzy inne lisy dziennie.

4. Kruki — parkowi łupieżcy poważnych rozmiarów już dawno zrezygnowali z tradycyjnych łowów, skoro mogą raczyć się tym, co zostawią amatorzy pikników w parkach. Dorodne, choć troszkę złowieszcze ptaszyska rozmnożyły się do granic, a i tak nie mogą podołać wszystkim parkowym odpadkom. Gołębie dopełniają obżarstwa tam, gdzie nie ma ich czarnych kolegów po piórze.

5. Myszy — domowe harcowniki — to tutaj normalka i nawet w najpiękniejszej, najlepiej zderatyzowanej chałupie mogą się pojawić w każdej chwili. Pewnie dlatego Angole z takim upodobaniem montują sobie wszędzie wykładziny — żeby kochane myszuńki mogły sobie w najlepsze wyjadać okruszki zaplątane między ich włóknami.

Myszy żerują praktycznie w każdym hotelu i restauracji w Londynie, pomimo regularnego ich tępienia przy użyciu wszystkich możliwych środków.

Kto nie słyszał charakterystycznego drapania gryzoni o wykładzinę i tupania maleńkich, szybkich stópek w drodze do pożywienia w nocy, ten nigdy nie mieszkał na Wyspach.

6. Koty — parapetowe, ogromne, leniwe tłuściochy bez kompleksów wylegują się całymi dniami, biernie uczestnicząc w życiu publicznym. Ani myślą o jakichkolwiek łowach! Czekają, aż miseczka o określonej porze magicznie napełni się zbilansowaną w smaku, ekskluzywną kocią karmą. Już tylko ich marcowe igraszki i przeraźliwe wrzaski pod oknami przypominają nam, że drzemie w nich jeszcze jakiś pierwotny instynkt.

7. Psy — kanapowe zabawki swoich właścicieli — niewiele już zachowały ze swojej psiej godności. Wyfiokowane, wypieszczone jak dzieci ciepłe kluchy, są wyprowadzane na spacery przez zawodowych dogsitterów. Kilka razy dziennie, o umówionych porach, zbiera je po mieście wielki wóz z kilkunastoma klatkami w środku. Jak już wszystkie boksy są pełne, jadą sikać kolektywnie za miasto.
Ludzie w Londynie kochają swoje psiaki tak mocno, że zrzucają całodobową opiekę nad nimi na profesjonalistów...

8. Szczury — prawdziwi królowie Londynu. Ze statystyk wynika, że gdziekolwiek w mieście nie postawi się stopy, w promieniu sześciu metrów od nas (pod ziemią/w kanalizacji/śmietniku na drodze/w trawie) znajduje się co najmniej jeden szczur. I to bynajmniej nie taki biało-czarny, laboratoryjny, a wielka szara bestia rozmiarów małego psa.

A czego w Londynie nie ma?? Za czym tęskni Iwona Dziura?

"Rolady i kluski śląskie" — mówicie i macie oczywiście rację.

Ale czego nie da się ugotować według domowych przepisów? Czego nie sprzedają w Polskim Sklepie na rogu?

Naszych polskich wróbelków, Braciszkowie. Podobno jest ich tu trochę, ale ja ich wcale nie widuję.

Co to za życie, jak paluch złamany, a przez okno nie można obserwować brązowych kruszynek dokazujących na gałęzi?

Czym się wzruszać, jak nie widokiem malutkiej ptaszynki, otrząsającej mokre piórka po kąpieli w kałuży?

Żeby się nie rozczulić nad takim wróbelkiem-elemelkiem trzeba mieć serce z kamienia, Braciszkowie. Ale o tym wiedzą tylko ci, którzy zdążyli się za nimi stęsknić...



Zapraszam i tutaj:


https://www.facebook.com/iwonadziurabezendu/

Komentarze

Etykiety

Pokaż więcej

Popularne posty z tego bloga

Chomiczy pogrzeb

"(...) Pogrzeb odbywa się w godzinach wieczornych na skwerze poza terenem hostelu — zapewne by uniknąć zbytniego zainteresowania ze strony kociej rodziny winowajcy. Drobne chomicze ciałka w pudełku po butach przykryte są całunem z ręcznie haftowanej chusteczki do nosa. Po oddaniu honorów, zostają złożone do masowej mogiły pod dębem. Recepcjonista trzyma się dzielnie. Ja, nękana wyrzutami sumienia, gorzej. Może gdybym pomogła chłopakom przy deskach, zamiast siedzieć sobie na kanapie i biernie obserwować, trzy małe duszyczki nie ulotniłyby się na moich oczach, a recepcjonista nie obwiniał się teraz za ich śmierć? (…)
W pochówku, poza naszą dwójką, uczestniczą pozostali goście hostelowi. Ceremonia przyciąga też sporo gapiów. Musimy stanowić interesujący obrazek. Do Mołdawii nie zapuszcza się wielu turystów, a jeszcze mniej z nich daje się wciągnąć w obrzędy pogrzebowe miejscowych gryzoni".
(fragment „Dziury w podróży”, część „Trzy imprezy i pogrzeb w Mołdawii — Hostel zoologiczny…

Prezydent Piekar Śląskich

Zaszczytnie było mi podpisywać "Dziurę w podróży" dla Pani Prezydent Piekar Śląskich Sławy Umińskiej-Duraj!
Dziękuję raz jeszcze Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Teodora Heneczka w Piekarach Śląskich za zaproszenie na dzisiejszą imprezę Narodowe Czytanie w Piekarach Śląskich! Z przyjemnością odczytałam wesoły fragment pamiętników Aleksandra Fredry - jednego z moich literackich wzorów! Dziękuję również wspaniałej Publiczności za gromkie oklaski! Oby więcej podobnych wydarzeń w regionie!

Kobierce i dywany

Przy okazji Walentynek nawiedziło mnie wspomnienie z czasów, kiedy na randki w ciemno umawiało się za pośrednictwem IRC-a (starożytny internetowy kanał komunikacyjny).
Otóż, spotkałam się przy takiej okazji na Rynku w Bytomiu z gościem, który zaprosił mnie na randkę tramwajem do Reala. Był to wówczas pierwszy hipermarket w okolicy, który szybko stał się modnym miejscem spotkań młodzieży i nie tylko. 
To, że koleś wziął mnie na randkę tramwajem do marketu, to jeszcze nic. Najbardziej interesujący okazał się cel wyprawy, bo jak uczciwie wyjaśnił mi zaraz na początku spotkania, miał nim być… zakup dywanu. W tamtym okresie czytałam dużo horrorów i dywan kojarzył mi się głównie z wynoszeniem zawiniętych w niego zwłok, ale zaintrygowała mnie ta misja, więc się zgodziłam. 
Na szczęście już w tramwaju okazało się, że mój nowy znajomy raczej nie ma złych intencji, a po prostu fascynuje się dywanami i szuka bratniej duszy, którą mógłby zarazić swoją pasją. Zanim jeszcze zaszliśmy na przystanek zac…