Przejdź do głównej zawartości

Berberowie



Berberowie — kim są? Co ukrywają przed światem w swoich długich, obszernych płaszczach i pod nimi?

O czym myślą te tajemnicze, zakapturzone postacie, przechadzając się ulicami marokańskich miast z rękami założonymi do tyłu?

Skąd biorą się, wyłaniając nagle jak spod ziemi na obszarach pustynnych, gdzie w promieniu wielu kilometrów zdaje się nie istnieć żadna ludzka osada ani nawet schronienie?

Co robią, przemykając znienacka między zaroślami dzikich gór Rif, kryjących największe narkotykowe tajemnice Afryki?

Berberowie — kim są i co mają wspólnego ze wszystkimi Basiami i Barbarami świata?

Stary, grecki przymiotnik barbaros („każdy, kto nie jest Grekiem”) posłużył jako podstawa do utworzenia nowych wyrazów: żeńskiego imienia Barbara („cudzoziemka”) oraz rzeczownika barbarzyńca (początkowo: „cudzoziemiec”), który z czasem nabrał negatywnego znaczenia („dziki, pierwotny, okrutny”). Stąd też słowo Berber — przedstawiciel plemienia Berberów.

Berberowie mają w nosie, że pogardliwie nazywamy ich prastarą kulturę „barbarzyńską”.

Północna Afryka i Sahara to ich ziemie od czasów starożytnych,  niezależnie od tego, komu akurat wydawało się, że nimi rządzi. Sami siebie nazywają  Imazighen – "ludzie wolni" — i takimi ich zapamiętałam.



P.S. Choć może o tym nie wiecie — też znacie Berbera... i to pewnie nawet nie jednego....
Przykład — proszę bardzo, pierwszy z brzegu.... algierski Francuz Zinedine Zidane…

Komentarze

Etykiety

Pokaż więcej

Popularne posty z tego bloga

Ormiańskie ślimaki pocztowe

Ormiańska poczta ma ruchy jak Franek Suchy. Kartka, którą wysłałam z Erywania... 4 lata (!) temu została właśnie bohatersko dostarczona do adresatki! xD  Możecie sobie wyobrazić, jakież było moje zaskoczenie, kiedy koleżanka wypaliła z podziękowaniami za pamięć po takim czasie... Spotykając się z moim niedowierzaniem, wysłała zdjęcie kartki, na którym, dla niepoznaki, poczta ormiańska przybiła stempel z roku bieżącego... Łezka zakręciła mi się w oku na wspomnienie tej kilkumiesięcznej wyprawy: zgubienie telefonu (mała strata, możliwość odkupienia) i... rasowego konia w dzikich górach Kaukazu (duża strata, brak możliwości odkupienia, planowanie ucieczki przed właścicielem przez granicę z Czeczenią), autostop bez trzymanki przez zniszczony wojną Górski Karabach (możliwość przejażdżki czołgiem) i masa kolorowych postaci poznanych w trasie... Książka miała powstać co najmniej dwa lata temu... I kto tu ma ruchy jak Franek Suchy??!! :P

Moro(wa) lektura

Ze wszystkich zwierząt najbardziej boję się domowych kotów. Serio — kiedy bym nie gościła u znajomych czy nieznajomych „kociarzy”, historia się powtarza. A to kawał futra spada mi znienacka na plecy podczas porannego majstrowania przy ekspresie do kawy. A to dwie najeżone kule ze świecącymi ślepiami bębnią nagle po żołądku w środku nocy, otwierając sobie na moim bebolu jakiś koci park trampolin. A to puchate dziesięć kilo wskakuje za dnia na głowę, czochrając pazurami potylicę — zupełnie, jakby wydawało mu się, że jest bocianem, a ja słupem, na którego szczycie należy uwić gniazdo. Po wielu podobnych doświadczeniach, logika nakazywałaby raczej unikać miejsc, w których potencjalnie mogą mnie spotkać kolejne wypadki. Rzecz w tym, że zazwyczaj to z „kociarzami” właśnie świetnie się dogaduję, a co może i ważniejsze, to w ich domach najczęściej znajduję na półkach książki, które mnie oczarowują.  Tak też było i tym razem: buszując po nocy odnalazłam w domowej biblioteczce...

Czwartkowe tłuste okruchy

Co do pączków to jadam rzadko (choć jeśli już dojdzie do spożycia, to jest ono hurtowe). Żaden ze mnie wtedy koneser czy tam inny neseser - zażeram się najtańszymi i nie patrzę czy z dżemem, czy ze śmietaną.  Wczoraj na ten przykład zakupiłam w Glasgow paczkę najtańszych pączków z jakiegoś wielkiego marketu. Pan przy kasie kiwał głową że zrozumieniem, widząc sunące na taśmie smakołyki. - Aj noł... Tusi siartek!!! - szpanował znajomością języka polskiego. 50 pensów (2,5zł) za 5 wielgachnych kuli sowicie nadzianych cudną marmoladą! Uszy się trzęsły, a podniebienie wariowało. Drugi, trzeci i kolejne meldowały się w żołądku...  Miałam zanieść do pracy poczęstować znajomych, ale uznałam, że samymi okruszkami to już chyba nie wypada… Okruchy poszły do kosza! ;) PS. Kolejna sportowa foteczka autorstwa Katarzyny "Szaku" Juchniewicz ( the-after-image ). Nieudolne wklejenie pączka z dziurą: Iwona Dziura.