Przejdź do głównej zawartości

Jak siostry Dziurówny życzenia do babci składać pojechały...




Oglądaliście komedię “Nic nie widziałem, nic nie słyszałem”? Głuchy i ślepy w duecie stawiają czoła czyhającym na nich gangsterom. My, siostry Dziurówny, stanowiłyśmy dzisiaj podobny zespół.

Skład: Ja – noga w gipsie i dwie kryki do podpórki. Ela – moja siostra – w zaawansowanej ciąży, wygląda jakby połknęła ogromną piłkę. Zakaz dźwigania i przeciążania się pod groźbą wczesnego porodu.
Obie ślepe, precyzując: krótkowidzące.
Misja : wizyta u babci w Zabrzu. Składanie życzeń. Herbatka, ciasteczko. Kolacja: frankfuterki i sałatka.




17:00
Planowo: wyjazd
Stan rzeczywisty: szamoczemy się na ganku
Dobrze, że przy wieszaku na kurtki mamy prowizoryczną ławeczkę, bo Ela w drodze z salonu już zdążyła się zasapać. Przysiada. Mam obawy, czy deski wytrzymają jej ciężar. A jednak sukces. Teraz schyla się po buty. Brzuszysko rozlewa się na boki, zasięg rąk prawie zerowy. Nadchodzę z pomocą. Łapię buciory w kule jak w kleszcze i podaję siostrze. Jeszcze parę miesięcy o krykach i nabiorę takiej precyzji, że sobie nimi szwy po kolejnej operacji będę ściągać. Ze mną idzie szybciej, bo but jest tylko jeden. Czas na zakładanie kurtki. Najpierw Ela. Próbujemy ją dopiąć. Udaje się. Szkoda tylko, że coś strzeliło na plecach. Uff, na szczęście to tylko podszewka, zaszyje się później, można jechać.
17:10
Planowo: wizyta w kwiaciarni
Stan rzeczywisty: walka z zimą (o życie!!)
Wychodzimy na podwórko. Zima na całego. Zabieramy się za odśnieżanie. Nie tylko auta, ale i kawałka posesji od garażu do bramy. Idzie powoli – ja szufluję, siostra pomaga mi utrzymać równowagę.
Droga wolna. Wsiadamy do auta. Ela za kierownicą. Oby nie przyszło jej się gwałtownie obracać: mógłby to być pierwszy przypadek porodu skrętnego w czasie jazdy samochodem. Tym, że jest ślepa i jedzie bez okularów się nie przejmuję, bo ja też.
Masz ci los. Zapomniałyśmy, że ktoś musi otworzyć bramę. Żelastwo jest dosyć ciężkie. Ela z góry odpada – za duży wysiłek. Chcąc nie chcąc, wychodzę na mróz i przystępuję do wykonania zadania. Wyglądam jak zalany w trupa obszczymurek – trzymam sie za pręty bramy i kiwam na wietrze we wszystkie strony. W końcu łapię równowagę i roztwieram wrota.
Ela odpala motor i… jedzie prosto na mnie!! Auto wyraźnie wpadło w lekki poślizg, lepiej zejść mu z drogi. Ela krzyczy. Ja, w panice, odrzucam kule na bok i skacząc na jednej nodze uciekam w stronę bocznego ogrodzenia. Kątem oka widzę, że jeszcze sekunda i Ela zostanie siostrobójczynią. Teraz albo nigdy: napinam zdrową nogę, biorę zamach rękoma i skaczę ile sił w łydce w zaspę przy siatce. Przez ułamek sekundy zastanawiam się, czy pies babci zostawił tam dla mnie jakiś kupon do sprawdzenia. Szczęśliwie, ląduję twarzą w śniegu, a nie psich odchodach. Szybko otrzepuję się i z ulgą stwierdzam, że samochód się wreszcie zatrzymał, a Ela już pędzi mi na ratunek. Zastanawiam się co zrobi, weźmie pompony i będzie zagrzewać mnie do walki z zaspą czy może spuści mi linę po brzuchu. Stanowczo odmawiam schwycenia się ręki ciężarnej. Nakazuję przynieść sobie kule i jakoś wydostaję się z zaspy. Szczęśliwie, śnieg zamortyzował upadek, ryło całe.
17.20
Planowo: stacja benzynowa
Stan rzeczywisty: chwasten kaufen
Rezygnując z zamykania za sobą bramy, chwilę później, już w drodze, grzejemy się w aucie.
Za chwilę przystanek: trzeba kupić kwiatki. Tym razem do zadania wydelegowana jest Ela, ja czekam w samochodzie. O dziwo, idzie jak z płatka. Jeszcze tylko zatankować i walimy prosto do babci.
17.30
Planowo: u babci na herbatce
Stan rzeczywisty: walka na BP
Na stacji benzynowej okazuje się, że Ela, z uwagi na ciążę, jest wrażliwa na zapachy i podciąga ją od zapachu benzyny zanim jeszcze na dobre parkujemy przed dystrybutorem. Powiem wam coś – z ciężarną lepiej nie ryzykować, jak mówi że ma mdłości. To jak z pijanym kumplem wleczonym po imprezie na ramieniu: puści pawia pod nogi zanim się obejrzycie, a potem będziecie musieli buty czyścić. Gramolę się na zewnątrz. Opieram kule o bok samochodu, chwytam rurę i jadę z koksem. Po całej akcji, choć wolałabym pominąć tę część, “idę” do środka zapłacić. Chłop zza lady zerka na mnie spod byka:
- Ale pani chyba z taką kulawą nogą auta nie prowadzi…?!
- Nie – odpowiadam zdecydowanie.
W tym samym momencie zerkam na Elę za kierownicą i w myślach rozważam, czy tak by jednak nie było lepiej, bo choć jestem ślepą kaleką bez prawa jazdy, to przynajmniej nie łapię zadyszki od samego zmieniania biegów.
W drodze do samochodu zauważam, że tablica rejestracyjna jest wyraźnie obluzowana. Informuję siostrę i przyglądam się jeszcze dokładniej. Eli chyba robi sie lepiej, bo wysiada sprawdzić o co chodzi. Ona nie może się schylać, więc pomaga mi zgiąć sie w pół przy zachowaniu równowagi. Wreszcie jakiś facet z obsługi zauważa nas w akcji. Podchodzi niemal w podskokach i pyta się w czym może pomóc.
- Panie, drut jest potrzebny – stwierdzam tonem znawcy.
Koleś patrzy na mnie zdezorientowany, ale wreszcie chyba chomik zaczyna mu chodzić pod tą łysawą kopułą i szybkim krokiem zmierza na tyły stacji.
Ela sadowi się spowrotem w aucie. Ja czekam na faceta od druta i wskazuję mu kulą, gdzie trzeba przywiązać.
Ostatecznie, tablica wygląda trochę lamersko, ale się trzyma.
17.45
Planowo: sałatka i frankfuterki
Stan rzeczywisty: lizaczek i balonik
Jedziemy! Kwiaty pachną z tyłu, muza na full, w żołądkach burczy, jeszcze z pięć kilometrów i będziemy u celu. Potem już tylko wskoczyć na jednej nodze na czwarte piętro i można się upomnieć o babciną naleweczkę! Pod serniczek rzecz jasna.
Zamiast słodyczy na stole dostajemy lizaka na drodze. Rutynowa kontrola: dmuchanie w balonik, prawo jazdy, dowód rejestracyjny.
17.50
Planowo: czwarta dokładka frankfuterków na życzenie babci
Stan rzeczywisty: negocjacje z policją
Trzeźwość na piątkę, ale co z tego, skoro zapomniałyśmy dokumentów. No i jest kupa. Auto nie nasze, zarejestrowane w innym województwie. Z sierot awansujemy na podejrzane. Eli, z racji tego, że jest kierowcą, robią się szkliste oczy. Mnie też, bo jak zaraz nie wyciągnę stopy w górę, to mi odpadnie z bólu.
Zimno jak cholera, a na szybkie rozwiązanie problemu się tu nie zanosi. Rozważam wszystkie opcje. Żadnego dawania w łapę nie będzie: kasy brak, a kwiatki są dla babci. Z kulawą nogą i poubierana po szyję psa nie uwiodę. Trzeba brać go na litość albo wcale.
- Pan spojrzy, panie władzo: noga zgruchotana, po operacji. Siostra w ciąży…
-W ciąży?! W ciąży to mało powiedziane, przecież ta pani zaraz urodzi!! W ogóle nie powinna wsiadać za kółko!!
Cóż za maniery! Słusznie mówi się, że savoir vivre jest większości ludziom obcy, wszak kobiecie dużego brzucha się nie wypomina. Na wszelki wypadek zachowuję jednak tę uwagę dla siebie.
W końcu staje na tym, że rodzice dowiozą dokumenty.
18.50
Planowo: powrót do domu
Stan rzeczywisty: na dywaniku u babci
Rodzice przyjeżdżają w sam raz pomiędzy naszymi odmrożeniami drugiego a trzeciego stopnia. Dostajemy opierdziel i jak dwa zbite psy idziemy do babci: znaczy się najpierw idzie brzuch Eli, potem ona sama, ja o kulach i na samym końcu moja chora noga.
Dodatkowo od babci dostaje nam się za spóźnienie. Zamiast kwiatków wręczamy jej jakieś smętne, zmarznięte badyle. Z nosów nam leci przy składaniu życzeń. Frankfuterki zimne, serniczek i nalewę opędzlowali kuzyni. Kalekiemu zawsze wiatr w oczy…
Towarzysze, pomożecie?? Komentowanie, udostępnianie, lajkowanie nic nie boli i nic Was nie kosztuje! Dziękuję!

Komentarze

Etykiety

Pokaż więcej

Popularne posty z tego bloga

Chomiczy pogrzeb

"(...) Pogrzeb odbywa się w godzinach wieczornych na skwerze poza terenem hostelu — zapewne by uniknąć zbytniego zainteresowania ze strony kociej rodziny winowajcy. Drobne chomicze ciałka w pudełku po butach przykryte są całunem z ręcznie haftowanej chusteczki do nosa. Po oddaniu honorów, zostają złożone do masowej mogiły pod dębem. Recepcjonista trzyma się dzielnie. Ja, nękana wyrzutami sumienia, gorzej. Może gdybym pomogła chłopakom przy deskach, zamiast siedzieć sobie na kanapie i biernie obserwować, trzy małe duszyczki nie ulotniłyby się na moich oczach, a recepcjonista nie obwiniał się teraz za ich śmierć? (…)
W pochówku, poza naszą dwójką, uczestniczą pozostali goście hostelowi. Ceremonia przyciąga też sporo gapiów. Musimy stanowić interesujący obrazek. Do Mołdawii nie zapuszcza się wielu turystów, a jeszcze mniej z nich daje się wciągnąć w obrzędy pogrzebowe miejscowych gryzoni".
(fragment „Dziury w podróży”, część „Trzy imprezy i pogrzeb w Mołdawii — Hostel zoologiczny…

Prezydent Piekar Śląskich

Zaszczytnie było mi podpisywać "Dziurę w podróży" dla Pani Prezydent Piekar Śląskich Sławy Umińskiej-Duraj!
Dziękuję raz jeszcze Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Teodora Heneczka w Piekarach Śląskich za zaproszenie na dzisiejszą imprezę Narodowe Czytanie w Piekarach Śląskich! Z przyjemnością odczytałam wesoły fragment pamiętników Aleksandra Fredry - jednego z moich literackich wzorów! Dziękuję również wspaniałej Publiczności za gromkie oklaski! Oby więcej podobnych wydarzeń w regionie!

Kobierce i dywany

Przy okazji Walentynek nawiedziło mnie wspomnienie z czasów, kiedy na randki w ciemno umawiało się za pośrednictwem IRC-a (starożytny internetowy kanał komunikacyjny).
Otóż, spotkałam się przy takiej okazji na Rynku w Bytomiu z gościem, który zaprosił mnie na randkę tramwajem do Reala. Był to wówczas pierwszy hipermarket w okolicy, który szybko stał się modnym miejscem spotkań młodzieży i nie tylko. 
To, że koleś wziął mnie na randkę tramwajem do marketu, to jeszcze nic. Najbardziej interesujący okazał się cel wyprawy, bo jak uczciwie wyjaśnił mi zaraz na początku spotkania, miał nim być… zakup dywanu. W tamtym okresie czytałam dużo horrorów i dywan kojarzył mi się głównie z wynoszeniem zawiniętych w niego zwłok, ale zaintrygowała mnie ta misja, więc się zgodziłam. 
Na szczęście już w tramwaju okazało się, że mój nowy znajomy raczej nie ma złych intencji, a po prostu fascynuje się dywanami i szuka bratniej duszy, którą mógłby zarazić swoją pasją. Zanim jeszcze zaszliśmy na przystanek zac…